Pozostań przy zdrowych zmysłach i zachowaj życiową równowagę.
Kategorie: Wszystkie | a-propos | bwnd | gtd | hugething | kindle | lektury | raptularz | sos | sport | teraz | ztd | zzz
RSS
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Róbta dzieci? Bzdura!

Head Trip
(photo by: jurvetson)

W marcu bieżącego roku na łamach BIZNESU BEZ STRESU opublikowałem manifest antyprokreacyjny Róbta dzieci? (radzę przeczytać) i wreszcie, po wielu miesiącach doczekałem się! W Gazecie Wyborczej z 20 grudnia znalazłem artykuł pod tytułem "Nie potrzeba nam więcej dzieci. Dla ich dobra" autorstwa dr Rafała Jarosa (dyrektora Instytutu Nauk Społeczno-Ekonomicznych, autora prognoz rynku pracy) i dr Piotra Krajewskiego (adiunkta w Instytucie Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego, byłego doradcy ministrów finansów). Cieszę się, że znaleźli się odważni, poważni naukowcy, którzy zdecydowali się obnażyć demograficzną manipulację, którą od lat karmią nas politycy i cynicy wszelkiej maści.

W artykule tym wymieniono następujące argumenty świadczące o nieracjonalności nawoływania do udziału "w patriotycznym dziele robienia dzieci":

  • niższy przyrost naturalny to większa liczba osób w wieku produkcyjnym w stosunku do osób poniżej 18 roku życia - maleją więc przypadające na jednego zatrudnionego wydatki na osoby w wieku przedprodukcyjnym;
  • niższy przyrost naturalny to w przyszłości więcej kapitału, środków produkcji i zasobów na jednego pracownika, a więc większa wydajność;
  • niższy przyrost naturalny to większa "masa spadkowa" przypadająca na każde dziecko - więcej mieszkań, gospodarstw, samochodów dziedziczonych po bezdzietnych ciociach i wujkach;
  • niższy przyrost naturalny to większy dostęp do deficytowych dóbr - takich, jak na przykład dobrze zlokalizowane mieszkania i działki budowlane.

Dlaczego zatem - mimo logicznych kontrargumentów - propaganda prokreacyjna jest coraz silniejsza?

Dlatego, że łatwiej jest namówić ludzi do radosnych igraszek pod pierzyną niż zreformować chory z założenia system emerytalny polegający na natychmiastowym przejadaniu składek na bieżące potrzeby.

A co ty możesz z tym zrobić?

W sprawie systemu emerytalnego niewiele - jedynie zminimalizować comiesięczne wpłaty.

Ale w sprawie swojego ewentualnego potomka możesz zdecydować, czy będzie miał dobre wykształcenie i możliwość realizacji swoich planów, czy też gromadę rodzeństwa i sfrustrowanych rodziców usiłujących jakoś dociągnąć do pierwszego w przyciasnym mieszkaniu wynajmowanym w oddalonym od centrum blokowisku.

czwartek, 26 grudnia 2013
24/7/365

Czy musisz?

Czy rzeczywiście musisz być podłączony do elektromedialnego, wszechświatowego krwiobiegu przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 (lub 366) dni w roku?

Czy sądzisz, że nie dowiesz się o czymś, czego nie powinieneś przeoczyć?

Zapewniam cię, że jeżeli coś takiego zajdzie, to zobaczysz czarną chmurę dymu albo inną ciemność, zanim zdążą poinformować cię o tym światowe telewizje, twittery i inni złodzieje twojego czasu.

Pamiętaj: nie musisz być uwiązany na elektronicznej smyczy.

To twój wybór!

Po prostu odłóż komórkę, tablet, wyłącz telewizor, komputer i wyjdź z bliskimi na spacer.

Zrób to choć raz w roku - w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia!

poniedziałek, 23 grudnia 2013
Radykalna uczciwość

Cash Register
(photo by: MIKI Yoshihito)

Miałem ostatnio dwie okazje, żeby zademonstrować swoją radykalną uczciwość:

  1. Kilka dni temu kupowałem w kiosku świąteczne wydanie "Polityki" (cena 7,50 zł) i cukierki (3,00 zł). Podałem sprzedawcy banknot 20-złotowy, a ten wydał mi 11,10 zł. Mogłem w tym momencie odejść, ale coś mi tu nie pasowało. "Chyba Pan źle policzył" - powiedziałem i podsunąłem mu pod nos "Politykę". W pierwszej chwili nie załapał, a potem zbladł. "Rzeczywiście, zupełnie nie zauważyłem, że nie kosztuje 5,90 zł jak zwykle. Dziękuję Panu" - odpowiedział wdzięczny, acz nieco zmartwiony. Widać było, że wielu klientów przede mną albo nie zwróciło uwagi na zmianę ceny, albo było na bakier z arytmetyką, ale nie kultywowało radykalnej uczciwości...
  2. Kilka tygodni temu "Politykę" kupowałem w Tesco i włożyłem ją do wózka tam, gdzie jest takie składane siedzonko dla dziecka. Przy kasie oczywiście zapomniałem o tym i wyjechałem ze sklepu z "ukradzionym" czasopismem. Dopiero pakując rzeczy do samochodu zorientowałem się, że zapłaciłem o 5,90 zł za mało. Odstawiłem wózek, wziąłem "dowód zbrodni", przekonałem zdziwionego ochroniarza, żeby wpuścił mnie wyjściem od razu do kasy i uregulowałem brakującą należność.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ sprzedawcy, kasjerzy i ochroniarze reagują zawsze pełnym zaskoczeniem, co świadczy o tym, że radykalna uczciwość nie jest w dzisiejszych czasach czymś powszechnym. A przecież daje tyle satysfakcji i niewiele kosztuje!

Z okazji nadchodzących Świąt życzę ci zatem kontynuowania wędrówki po ścieżce radykalnej uczciwości. Lub wejścia na nią. Przekonasz się, jakie to przyjemne!

poniedziałek, 16 grudnia 2013
Kłótnia z rzeczywistością

Slip Banana
(photo by: Perry Hall)

"Ilekroć zaczynam kłócić się z rzeczywistością - przegrywam." - Krzysztof Wysocki, 2013-06-18

Już dawno doszedłem do tego wniosku, ale dopiero w tym roku sformułowałem go w postaci złotej myśli, która przejdzie do historii i zostanie zapisana ozdobną czcionką w księdze światowej złotomyślności.

Zauważyłem jednak, że są ludzie, którzy interpretują tę sentencję niezgodnie z moimi intencjami. Spieszę zatem z wyjaśnieniem.

Nie chodzi mi o uznanie rzeczywistości za dopust boży, na który nie mamy żadnego wpływu. To byłaby postawa ofiary losu - postawa mi obca, żeby nie powiedzieć - wstrętna.

Kłótnia z rzeczywistością to dla mnie nieuznawanie oczywistych ograniczeń i uwarunkowań narzucanych przez świat zewnętrzny. Nie "brak zgody na nie", ale ich nieuznawanie - zamykanie oczu, zatykanie uszu i głośne powtarzanie: "nieprawda, nieprawda, nieprawda..."

Rzeczywistość nie znika, gdy się na nią nie patrzy. Zamykanie oczu nie jest skuteczną strategią zabezpieczającą przed poślizgiem na skórce od banana. Wręcz przeciwnie - wyostrzone postrzeganie rzeczywistości pozwala unikać zastawianych przez nią pułapek. Albo chociaż minimalizować ich skutki.

Jaki z tego wniosek?

Bądź czujny, wierz swoim oczom i zamiast kłócić się z rzeczywistością, wykorzystuj ją do swoich celów!

czwartek, 12 grudnia 2013
Po co mówisz?

Jobs Rules
(photo by: Erik Pitti)

We wpisie Sprzedawcy XXI wieku zamieściłem tezę Daniela H. Pinka (autora książki "To Sell Is Human"), że wszyscy jesteśmy sprzedawcami, ponieważ cały czas usiłujemy sprzedawać nasze idee, poglądy i pomysły otaczającym nas ludziom. Cele te staramy się osiągać między innymi za pomocą mniej lub bardziej publicznych występów, które w otoczeniu biznesowym najczęściej przyjmują postać powerpointowych prezentacji.

Zauważyłem, że każdego mówcę można stosunkowo łatwo zakwalifikować do jednego z trzech, niżej wymienionych poziomów dojrzałości prezentacyjnej:

  1. Sztubak - to osoba, której celem jest nie popełnić błędu. Powiedzieć bez potknięć coś logicznego i zadowolić rodzica, nauczyciela, szefa oraz innych słuchaczy. Wszystko zaczyna się od traumy z dzieciństwa: "Powiedz cioci wierszyk! Tylko się nie pomyl!" Postawę tę ugruntowuje szkoła - każdym wywołaniem do tablicy, egzaminem i wyznaczeniem do wystąpienia na szkolnej akademii. Później, gdy w pracy szef prosi o zaprezentowanie czegoś na zebraniu, Sztubak w ekspresowym tempie odklepuje zadany temat - lepiej lub gorzej, ale żeby jak najszybciej mieć już to za sobą. Nie chce podpaść, więc nigdy nie powie nic kontrowersyjnego, nigdy nie sprzeciwi się i nie wywoła rewolucji zmieniającej świat. Opisze rzeczywistość najlepiej, jak umie i odetchnie z ulgą, gdy będzie już mógł wrócić na miejsce.
  2. Celebryta - to osoba, której celem jest zabłysnąć. Po uwolnieniu się z traum dzieciństwa i po pierwszych sukcesach podczas wystąpień publicznych, zaczyna żywić się uwielbieniem bliźnich i czerpać z niego życiodajną siłę. Uwielbienie to może dotyczyć zarówno jego osoby, jak i poglądów lub wiedzy. Chce w pełni zająć słuchaczy sobą i swoimi sprawami - swoją rzeczywistością, którą wszyscy powinni podziwiać - najlepiej przez pancerną szybę, żeby czegoś nie popsuli.
  3. Inspirator - to osoba, której celem jest zmotywować słuchaczy do zmiany rzeczywistości. W przeciwieństwie do Sztubaka i Celebryty - Inspiratora nie interesuje, jak bezpośrednio zostanie oceniony jego występ lub jego osoba, ale to, co zrobi publiczność. Weźmie udział w referendum? Kupi iPada? Zasili konto fundacji? Przestanie wtykać nos w nie swoje sprawy? Dzięki praktyce Inspirator jest odporny na błędy (albo je eliminuje, albo ignoruje), a ewentualny poklask stanowi dla niego jedynie szlachetną przyprawą dodaną do głównego dania, którym jest władza nad ludźmi. Umiejętność motywowania ich do określonego działania. To wielka moc niosąca w sobie różne pokusy, którym tylko niewiele osób jest w stanie się oprzeć. Dlatego wielu zdolnych ludzi zamiast Inspiratorami staje się Manipulatorami.

A ty?

  1. Boisz się, że twoje powerpointowe slajdy zawierają literówki?
  2. Zastanawiasz się, czy tło slajdów pasuje do koloru twojego krawata?
  3. A może obraz z rzutnika jest dla ciebie tylko miłym dodatkiem, bo liczy się siła twoich słów, a nie krój i wielkość użytej czcionki? Steve Jobs powiedział kiedyś: "Ludzie, którzy wiedzą, co mówią, nie potrzebują PowerPointa." (sam używał programu Keynote opracowanego przez Apple :-) )

Na jakim poziomie teraz jesteś?

I co zamierzasz z tym zrobić?

poniedziałek, 09 grudnia 2013
Nauczyciele

Boring Teacher
(photo by: Richard Phillip Rücker)

Znalazłem w swoim notatniku następującą, zasłyszaną gdzieś opinię o ludziach "robiących" oświatę:

  • Ci, którzy umieją coś zrobić, robią to.
  • Ci, którzy nie umieją, zostają nauczycielami.
  • Ci, którym nie wychodzi nauczanie, zostają metodykami i uczą nauczycieli, jak uczyć.
  • Alternatywnie, ci ostatni zaczynają uczyć WF-u, a potem zostają dyrektorami szkół.

Pachnie mi tu niemiłym uogólnieniem, ale w takim razie skąd bierze się dość powszechne narzekanie prezesów największych firm na stan oświaty oraz narzekanie nauczycieli na programy nauczania i szkolną administrację?

No skąd?

I proszę, żeby żadna ministra nie mydliła mi tu oczu ostatnimi wynikami naszych gimnazjalistów w międzynarodowym teście PISA, bo ja nie potrzebuję w mojej firmie PISArzy, lecz ludzi potrafiących zespołowo rozwiązywać problemy i wspólnie realizować ambitne projekty.

czwartek, 05 grudnia 2013
Dbaj o gwiazdy!

Gwiazdy
(photo by: robin_24)

Oto dylemat:

Jesteś szefem zespołu. Jak to w życiu - jedni podwładni pracują lepiej, umieją więcej i wykazują większe zaangażowanie, a inni... niekoniecznie. Komu powinieneś poświęcać więcej czasu - gwiazdom czy słabeuszom?

W swojej humanitarnej dobroci wielu szefów przykłada większą wagę do wyciągania za uszy tych, którzy sobie nie radzą, niż do wspierania tych, którzy wykazują się ponadprzeciętną samodzielnością i sprawnością w realizacji zadań. Wydaje im się, że powinni wyrównywać szanse podwładnych, a nie faworyzować tych, którzy i tak już błyszczą na firmowym firmamencie.

To błąd!

Firma nie jest organizacją charytatywną, lecz przedsięwzięciem mającym na celu maksymalizację zysku. Zatem podstawowym obowiązkiem każdego szefa jest takie kierowanie podwładnymi, żeby ich potencjał się nie marnował.

Oczywiście pracownik mający trudności w wypełnianiu swoich podstawowych obowiązków wymaga uwagi i pomocy, ale nie kosztem pracownika, który jest od niego 10 razy wydajniejszy. Bo każda gwiazda może błyszczeć jeszcze jaśniej i dawać z siebie więcej - dla wspólnego dobra. Często zdolni ludzie, nie widząc zainteresowania zwierzchników, przyczajają się w swojej "jamie komfortu" i w ten sposób marnują swój potencjał. 5-procentowy wzrost produktywności gwiazdy może przynieść firmie pięć razy więcej korzyści niż 20-procentowy wzrost produktywności słabeusza. Ponadto gwiazda skupiająca swe wysiłki w niewłaściwym kierunku może doprowadzić do katastrofy, zanim szef zakończy motywującą rozmowę ze słabeuszem.

Dlatego radzę:

Jako szef bądź wyczulony na problemy mniej doświadczonych lub słabszych pracowników, ale nie zaniedbuj gwiazd, bo to one są twoim najpotężniejszym orężem.

Archiwum

Napisz do mnie na adres:

adres zwrotny autora


Creative Commons License

Ten utwór jest dostępny na
licencji Creative Commons
Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne
.